belgijskie wloty

Blog o serialu s-f 4400!

Temat: offset do F16


Artur Drzewiecki <dart@poczta.bez.onet.spamu.plwrote in message <news:tuj45ugm0g5tv3mlsoispi3cj4c14mlln4@4ax.com...
Czyli sytuacja wróciła do punktu wyjścia (16 starych + 44 nowe).:-)))
Po poronionym pomyśle 60 starych belgijskich i holenderskich F-16A/B z
resursami w okolicach 2000h, jest to propozycja znakomita.
Myślę zresztą, że stosunkowo łatwo będzie np. przejść do 48 nowych.


Do licha, to już nie liczy się zdanie polskich ekspertów lotnictwa
wojskowego, tych prawdziwych, a nie domorosłych speców politycznych
czy dziennikarskich. Według opinii polskich pilotów F16 nie przystaje
do polskiej strategi wykorzystania lotnictwa w czasie działan
wojennych ponieważ nijak nie nadaje się do korzystania z DOL-i oraz
szybko przygotowywanych lotnisk polowych. W takim niedużym kraju jak
Polska system takich szybkich lotnisk jest bardzo rozsądny. Chodzi o
to, że F16 ma za nisko umieszczony wlot powietrza (zasysanie śmieci z
ziemi) oraz wąsko rozstawione podwozie i jest bardzo podatny na boczne
podmuchy wiatrów. Oczywiste jest jeszcze, iż obsługa F16 jest bardziej
skomplikowana i czasochłonna niz Grippena.


| Niedlugo premier jedzie do
| Szwecji zobaczymy co tamci nam dadza.
 Zobaczymy.


Mam nadzieję, iż prawdziwy interes Polski (lotnictwa i przemysłu)
postawiony zostanie na 1 miejscu przed infantylnie pojmowanym
sojuszem.
-AdAm


Źródło: topranking.pl/1583/offset,do,f16.php


Temat: niemcy holandia gaz


| Natomiast w Beligii gaz był zdecydowanie tańszy - na jednej ze stacji -
| 39
eurocentów za litr. Licz się z koniecznością stosowania tam specjalnej
przejściówki. W Niemczech widzieliśmy stację z dwoma dystrybutorami -
jeden
dla naszych (włoskich) wlotów, a drugi dla belgijskich.


A gdzie kupic takie przejsciówki?


Źródło: topranking.pl/1616/niemcy,holandia,gaz.php


Temat: niemcy holandia gaz


| Natomiast w Beligii gaz był zdecydowanie tańszy - na jednej ze stacji - 39
| eurocentów za litr. Licz się z koniecznością stosowania tam specjalnej
| przejściówki. W Niemczech widzieliśmy stację z dwoma dystrybutorami - jeden
| dla naszych (włoskich) wlotów, a drugi dla belgijskich.

A gdzie kupic takie przejsciówki?


U gazownikow lub na allegro.
Wojtek


Źródło: topranking.pl/1616/niemcy,holandia,gaz.php


Temat: niemcy holandia gaz
Użytkownik "muchabzz"


w lipcu bede sie wybierac przez cieszyn do sztrasburga a potem do nijmegen
w
holandii
alternatywnie moge ominac czechy i jechac przez zgorzelec
jesli ktos zna te drogi od strony stacji gazowych to bylbym wdzieczny za
wszelkie wskazowki
interesuje mnie tez jak sie do tego przygotowac (inne rodzaje napelniania)


Dwa tygodnie temu jechałem ze Zgorzelca do Strasburga, a potem na północ i
powrót przez Belgię.

Generalnie stacji LPG w NIemczech przy autostradach nie ma dużo, jeśli są,
to trzeba zjechać i szukać w miastach. Często są to małe firmy zamknięte
nocą i w dni wolne od pracy.

Nie mieliśmy czasu na poszukiwanie otwartych w niedzielę, dlatego na trasie
Zgorzelec - Bautzen - Dreseden - Chemnitz - Zwickau - Plauen - Hof -
Bayreuth - Nuernberg - Ansbach - Heilbronn - Stuttgart - Baden-Baden -
Strasbourg
nie zatankowaliśmy gazu ani razu. Nie zauważyliśmy informacji o
dystrybutorach gazowych na mijanych przy autostradzie stacjach.
Owszem, po zjechaniu do jednej z miejscowości znaleźliśmy zamkniętą w
niedzielę firmę.

Wg informacji na
http://www.gas-tankstellen.info/
w D jest kilkaset stacji z gazem.

W okolicy Strasburga znajdziesz stacje - musisz popytać. Ceny były zbliżone
do niemieckich i od polskich wyższe (około 63 eurocenty za litr).

Natomiast w Beligii gaz był zdecydowanie tańszy - na jednej ze stacji - 39
eurocentów za litr. Licz się z koniecznością stosowania tam specjalnej
przejściówki. W Niemczech widzieliśmy stację z dwoma dystrybutorami - jeden
dla naszych (włoskich) wlotów, a drugi dla belgijskich.

emer


Źródło: topranking.pl/1616/niemcy,holandia,gaz.php


Temat: Rowerzyści - spadać na ścieżki !!!
Mirek idiota.
Gość portalu: Mirek napisał(a):

> Kiedyś już o tym pisałem, ale chyba nie do wszystkich dotarło:

"Jaśnie PAn" napisał to powinno było do "chołoty" dotrzeć? Za kogo ty się
palancie uważasz? Król szos? Jedyny posiadacz rozumu (a raczej pseudo rozumu)?

> Ktoś, kto jedzie rowerem w gęstym ruchu ulicznym, lawiruje między TIR-ami a
> zapadniętymi studzienkami, wdycha sadzę z dizli i starty asfalt - jest po
> prostu ciężkim idiotą.

Miruś mądrala,
główka nawala?
Siedząc a pojeździe,
Jeżdżąc po mieście,
Nie wdychasz spalin,
co ktoś wydalił?

Nagle powietrze,
staje sie lepsze,
przez wloty wózka,
Mirka - łobuzka.

Błoński wypadek
to jest przypadek
nam dowodzący
iż taki tir mknący
czy rower gniecie
czy auto - śmiecie.

> Jakoś tak się przyjęło, że rowerzysta powinien wzbudzać sympatię i
> tolerancję "silniejszych" użytkowników dróg. Nawet jeśli łamie podstawowe
> przepisy i najbardziej podstawowe zasady instynktu samozachowawczego, co czyni
> 90% rowerzystów. Ktoś tak myślący jest równie głupi jak ci rowerzyści. Cała
> nadzieja, że liczba rowerzystów eliminowanych (statystyki są niezłe) jest
> większa od nowego narybku.

Genialne wywody palanta z łodzi. Poszukaj odpowiedzi wierszowanej w historii tego
forum. Mam nadzieję że liczba ginących palantów na drogach (patrz: Mirek) jest
większa niż narybek ;-).

> I dla jasności - jeżdżę rowerem codziennie, zimą na ile to możliwe. Ale
> wyłącznie po ścieżkach rowerowych, leśnych duktach itp. Dla zdrowia i
> przyjemności.

Bardzo lubię jak ktoś używa określenia "na ile to możliwe". Ja latam na księżyc
tak często na ile to możliwe ;-).
I gratuluję wspaniałej lokalizacji twojej hacjendy!
Zauważ że na zachodzie coraz więcej ludzi przesiada się na rowery (patrz
Holandia, Belgia, Niemcy, Austria, itd)i praktykują to jako świetny sposób
komunikacji miejskiej - rozumiem że dla imć Pana Mirka to wszystko kretyni. Grunt
to samozadowolenie!

> P.S. Czy zdarzyło się wam, aby rowerzysta dojeżdżając do przejścia dla pieszych
> ustąpił wam pierwszeństwa, gdy wchodzicie na pasy? Za to nagminie jeżdżą po
> pasach i oczekują, że będziecie ich traktowali w tym momencie jak pieszych.
> Tępić szarańczę!

TO pierwsze - zdarzyło, na ogół nie przeszkadza mi jak przejedzie przedemna
rowerzysta - najwyżej ciut zwolnię kroku, raz zdarzyło mi się w sumie przez
przypadek zrzucić jednego gościa z roweru który nie chciał mnie przepuścic i
jechał sobie mimo iż wszedłem na pasy. I co z tego? Dlatego nie powinni jeździć?
Znacznie częściej zdarza mi się ze jakiś buc (może ty Mirku?) nie przepuszcza
mnie na pasach siedząc w swoim bolidzie. Wszak to ja ucierpię nie ty, prawda? ;-)

Co do drugiego - to jest wykroczenie (jazda po pasach), ale co ci to przeszkadza
jeżeli z grupą przechodzących pieszych przejeżdża rower??? A jako kierowca
powinieneś na pasach (a zwłaszcza przed wjechaniem na nie) szczególnie uważać!

TO tyle, ale ta pewność siebie... ;-)

Źródło: forum.gazeta.pl/forum/w,20,1792048,1792048,Rowerzysci_spadac_na_sciezki_.html


Temat: Do Piq-a i Jaceq-a, o naganach (nagantach).
cs137 napisał:

> Rewolwer Nagan (dokładnie: Nagant) zawsze mnie fascynował, bo tyle się
> przewijał przez znaną nam historię.

No, ja aż taki stary to nie jestem, ale mnie też się podoba, bo lubię różne
dziwactwa.
Nagant (siem pisze), Nagan (siem czyta) rozsławił prof. J.T. Stanisławski, znany
agent WSI, w swojej balladzie pt. "Z Naganem do MHD" czyli "Rozmowa w cztery
oczy z trzema osobami". www.dolinaradosci.pl/pppp/02.htm


> Ale głownie jednak z powodu niezwykłego systemu zapobiegania ucieczce gazów
> prochowych przez szczelinę pomiędzy bębnem a wlotem lufy. W żadnym innym typie
> rewolweru na świecie takiego systemu nie zastosowano.

No, niezupełnie tak w żadnym. Pierwszy to był chyba rewolwer skałkowy Artemisa
Wheelera, który ponoć problem gazów spieprzających bokiem próbował jakoś
rozwiązać, ale nie wiem, jak to wyglądało. Potem był frontloader Savage - North
z 1856, który miał pod spustem taką dźwignię do obracania bębna ale i dociskania
go do stożkowo ukształtowanego wlotu lufy, czyli podobnie jak u Naganta:

armscollectors.com/mgs/savage_north.htm

Potem był jeszcze pięciostrzałowiec Lamberta Ghaye kal. 9.5 mm z 1855, w którym
było odwrotnie: napinanie kurka powodowało obrót bębna i ruch lufy najpierw do
przodu, a potem (sprężyną powrotną) do tyłu tak, że lufa wsuwała się do otworu
bębna. A system uszczelniania Naganta (łuska wystająca przed pocisk) to był
wręcz skopiowany z wcześniejszych rewolwerów Piepera.

Oczywiście to się nie przyjęło, gdyż zysk nie był zbyt wielki: ok 2% większa
prędkość pocisku u wylotu u Naganta. Faktycznie, dużo bardziej opłaciły się
mocniejsze elaboracje.

No i nie zapominajmy o rewolwerach, w których problem uszczelniania rozwiązany
był w 100%: o pepperboxach:

upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/c/c8/Vapen01.jpg/800px-Vapen01.jpg

> Fabrycznie nowe z ostatniego okresu produkcji (która trwała do roku 1946)
> można dostać tutaj za niecałe $100.

Miałem kiedyś Naganta, z gwiazdką po lewej stronie i datą 1937. Miałem, to za
dużo powiedziane. Jak jeszcze biegałem w krótkich spodenkach, to wywozili mnie
co roku na wakacje do Puszczy Kozienickiej do jakiejś rodziny, gdzie miałem
luzik i swobodę. Była tam rzeczułka, jakiś dopływ Pilicy, w której w wodzie
latem sięgającej mi do kolan albo ciut powyżej znalazłem go. W tamtych okolicach
gdzieby nie wbił szpadla, to zawsze jakieś żelastwo znalazł. Ja miałem zawsze
pełne kieszenie amunicji wszelakiej, ruskiej, niemieckiej, więc mi to opieka
ciągle konfiskowała. Ale na utratę kolta (tak go nazywałem) nie mogłem sobie
przecież pozwolić. Postanowiłem rozwiązać problem rewizji i nieuchronnej
konfiskaty w następnym roku i ukryłem rewolwer w takiej drewutni, na belce pod
dachówką. Oczywiście o nim zapomniałem i przypomniałem sobie po kolejnych kilku
latach. Ciągle tam był, tylko że deszczówka bardziej mu zaszkodziła, niż leżenie
w bagnistej rzeczce: przypominał odlew-monolit wykonany z rdzy i żadna część nie
chciała nawet drgnąć. No to rach-ciach gdzieś go wyrzuciłem, by już wkrótce pluć
sobie w brodę z tego powodu.

Teraz gdzieś czytałem, że w Rosji znowu produkują Naganty (jak
krasnoarmiejskie), tylko że na amunicję 32 S&W i 38 spec. I że cena przystępna.

> A jedyna firma, ktora
> robi tę dziwaczną amunicję do Nagana, z pociskiem "schowanym" w głebi łuski,
> winszuje sobie za nią cene wręcz astronomiczną.

W katalogu Frankonii 90/91 widzę "7.62 Nagant Revolver-Munition Russ. Fertigung,
Wadcutter-Geschoss" po 0,60 DM za pestkę (0,55 DM powyżej 500 szt.) W "Alljagd"
z 88/89 widzę za to po 1,50 DM za szt., ale produkcji S&B. Faktycznie, .45 ACP
sporo tańsze.

Było odmian ruskich nagantów sporo, krótsze, dłuższe, nawet całkiem małe -
kieszonkowe z lufą 80 mm i skróconą kolbą, oficerskie (SA) i podoficerskie (DA).
A jak się doda belgijskie (9 mm), szwedzkie (7.5 mm), USAńskie...
Wszystkie rozładowywane "po 1 sztuce" - przez klapkę z tyłu bębna - tak samo jak
ładowanie. Bęben dawało się wyjąć całkowicie po odchyleniu kabłąka w dół -
pamiętam jaki dumny byłem, jak udało mi się odkryć w "moim" jak to zrobić - póki
jeszcze działał.

pozdro, jacek.


Źródło: forum.gazeta.pl/forum/w,13,56806956,56806956,Do_Piq_a_i_Jaceq_a_o_naganach_nagantach_.html


Temat: trzy tysiace km? - strasznie dlugie
etap 14: Paryz - Antwerpia
Mialem do wyboru: Thalys o 6 z hakiem, albo dopiero po 9. Wybralem szosta,
zwazywszy na zabawowa noc. Rezerwacja na te pociagi jest troche drozsza od
TGV (zwykle 3 euro) - i kosztuje dyche, ale kudy jej tam do Eurostara (tam
posiadacze Passów placa - no zgadnijcie ile? - 45. Funtow. W jedna strone!).
Dworzec Nord o poranku jest nieco senny (tam slonce wschodzi nieco pozniej -
to na zachodzie), choc dosc nieliczni ludzie raczej sie spiesza. Od razu
wiec bylo widac dlugie cielsko Thalysa, jak zaczynalo sie tuz za kozlem, i
wilo po wykrzywionym torze hen, nie tylko za koniec hali, ale gdzies pod
wiadukt. Oczywiscie, byly to dwie jednostki zczepione - przod do Amsterdamu,
tyl do Kolonii. Nie wejdzie sie do wagonu bez biletu: w Paryzu sprawdzaja
przy wejsciu. Ile wiec musza miec pracownikow? - zastanawialem sie.
Podroz LGV Nord i osiagniecie Brukseli to niemal mgnienie w porownaniu do
jazdy z poludnia Francji. Zwlaszcza po paryskiej nocy pelnej wrazen.
Zreszta, krajobrazy Pikardii nie sa chyba szczegolnie piekne. W kazdym razie
nie widzialem wezla pod Lille - obudzilem sie i zaraz skonstatowalem, ze
wjechalem juz do "innej Europy" - krainy malych ceglanych, ale niekoniecznie
czerwonych, domow. Belgia. Szybka trasa dosc daleko przed Bruksela przestaje
byc taka szybka, zbliza sie do linii istniejacych i mija jakies miasteczka i
dworce. Wjazd do Brukseli na Midi jest bardzo rozbudowany, mnostwo wiaduktow
i rozplotow. To jest spory wezel ze srednica szesciotorowa, glownie
podziemna (aby ja zbudowac wyburzono pol wieku temu kawal miasta). Pociagi
Thalys zatrzymuja sie tylko na Midi/Zuid, prawie wszystkie inne - takze na
Central/Centraal i Nord/Noord. A jedna para torow ma jeszcze dwie inne
stacje w tunelu. Wszystkie dworce sa raczej marne, na Midi dorobili kawek
hali nad peronami Thalysa i Eurostara, ale dalej im sie nie chcialo. Na
peronach co chwila cos wjezdza, wyjezdza, przejezdza. SNCB/NMBS jest jedna z
najpracowitszych kolei swiata - tutaj jest jak w Szwajcarii - pociag co
chwila. Sa to glownie jednostki, niektore bardzo wiekowe, i dosc siermiezne,
takze z zewnatrz. Co jakis czas jednak trafia sie cos nowszego, w tym takie,
ktore - jak dunskie - maja skladane kabiny maszynisty. A przynajmniej tak
wygladaja.
W kazdym razie obsluga Thalysa musi juz oglaszac stacje po holendersku.
Komunikaty sa wiec w trzech jezykach co najmniej - bo jeszcze obowiazkowo po
angielsku. Dziesiec minut postoju i pol pociagu odbija od tylnej polowy,
ktora za chwile wyruszy do Kolonii. Zaczyna sie wolna jazda. Najpierw
srednica podziemna, potem juz dorobiony tor do Mechelen; pola i miasteczka
Brabancji. Gdzies tam utykamy pod semaforem: belgijska godzina szczytu
porannego na kolei. O tym w PL nie maja juz pojecia...
Wreszcie zbliza sie Antwerpia. Moj pociag nie jedzie na Centraal. zatrzymuje
sie w Berchen, a stamtad trzeba zlapac cokolwiek do srodmiescia. W Berchen
odbija obwodnica Antwerpii i pociag biegnie sobie dalej na polnoc bez zmany
czola.
Berchen ma chyba z osiem peronow (czyli torow - wole angielski sposob
liczenia peronow od polskiego). Jej osobliwoscia jest, ze ledwo miesci sie
miedzy rozplotami i czesc peronow jest na naprawde niezlym spadku. Pociag
nie zdarzy sie caly wynurzyc spod jakiegos wiaduktu, a juz musi stanac - bo
peron. Ktos mowi, ze sie nie da? Da sie, da sie...
Moj cos-tam do Centraal - to nie mialo wiekszego znaczenia - jest za chwile
ze wskazanego peronu. Peron oczywiscie byl zapodany jeszcze w Thalysie.
Rozplata sie wszystko, co powinno, nastepnia splata - i juz posuwam sie na
gorze nasypu? - wiaduktu? prowadzacego do antwerpskich diamentow, czyli
mojego dworca. Ow wiadukt-nasyp ma niepowtarzalny charakter: jego balustrady
koncza sie szpiczastymi wiezyczkami. Tak sobie wyobrazano upiekszenie, a
moze przebranie kolejowego monstrum wprowadzonego do srodmiescia. Na calej
dlugosci rozkopy - wlasnie buduje sie to, czego bylem ciekaw - antwerpska
srednica. Buduje sie, ale po belgijsku, czyli bardzo powoli. Nie widzialem
wlotu, za to stan surowy wszystkich kondygnacji peronowych i innych pod hala
Antwerpen Centraal jest juz chyba dopiety. Na placu przed dworcem rozkopy -
wiec tunel jeszcze nie. Ma to byc ukonczone w 2006 - to bedzie zdaje sie
duzy rok dla kolei w Europie: ukonczenie Hbf w Berlinie, chyba takze linii w
Holandii i cos tam jeszcze. Pociagi, poniewaz torow czynnych jest malo,
wjezdzaja i zaraz wycofuja sie w nowej relacji. Koleje belgijskie - tam sie
pracuje.
A Dworzec sam; hmmm - kto nie widzial, ten nie bedzie chyba w stanie sobie
wyobrazic. To po prostu jeden z kolejowych cudow swiata. Nie taki znowu
duzy, ale za to jaki monumentalny. Potezna hala lukowa konczy sie z jednej
strony pieknie zaprojektowana sciana wiatrowa, a z drugiej istna koronka
elewacji budynku glownego, w ktorej wyrobiono potezna maswerkowa rozete i
towarzyszacy jest wachlarz podzialow wystajacej sciany hali. Budynek, kryty
wysoka, widoczna z dala kopula, jest w srodku marmurowy i pelen
monumentalnych schodow (kazdy moze sobie zejsc po krolewsku).
Co mnie jednak przypadlo do gustu, to improwizowane stoisko z kolorowymi
cukierkami, jakimi zywia sie w Holandii, a takze Belgii Flamandzkiej,
gorzkimi, kwasnymi, slodkimi, potwornymi - co kto chce. U nas tez sa czasem,
ale tam inaczej toto smakuje, tym bardziej, jak sie je zarlo w Sylwestra AD
1999 w tym samym miejscu - wowczas jeszcze w hali dworca byla wielka dziura
budowy. (No dobrze, licentia poetica; nie kupilem ich tym razem, ale
usmiechnalem sie do srodka, bo nadal tam byly.)  
Reszte znacie: consignes - juz nie przepraszam, jak to po flamandzku? -  i w
pole, czyli kawka i ciasteczko na rogu uczeszczanym przez tramwajki, z
asfaltem stajacym deba, jakby wojna skonczyla sie dopiero co. Potem w
miasto. Gdzies tam rzut oka na piekny niegdys dworzec Antwerpen Zuid -
niestety - nie ma po nim sladu. Ale miasto - jak wiadomo - cudne z jego
Katedra, Ratuszem, no i uliczkami, po ktorych ganiaja sie tramwaje. Ale nie
nalezy tutaj do rzeczy.

Źródło: topranking.pl/1572/trzy,tysiace,km,strasznie,dlugie.php